wtorek, 28 lutego 2012

Jakub Fijak - Soldiers of Heaven




  Jakub Fijak - Soldiers of Heaven. Pierwsze co mi się spodobało w związku z tą płytą, to wiadomo - piękna okładka Dominiki Długosz. Muzyczna zawartość krążka, to przeważnie krótkie, dynamiczne utwory, w których autor z korzysta z licznych sampli. Słychać tam wiele różnych dźwięków otoczenia:  odgłosy różnych pojazdów, często helikopterów, koni, ludzkich głosów, które można kojarzyć z wojskowymi rozkazami czy komunikatami. Okładka sugeruje ponadludzkie odniesienia, ale utwory zawierają współczesne i nowoczesne treści. Mam wrażenie że Jakub dobrze się bawił składając w całość swoje pomysły. Pełne energii, żywiołowe podejście Fijaka do jego pasji, ma szansę podobać się przede wszystkim ludziom młodym. Oczywiście to tylko moja teoria :). Ta muzyka przy jeszcze, o ile to możliwe, staranniejszym dopracowaniu, śmiało mogłaby stać się oprawą filmów akcji typu "Gliniarz z Belvery Hills". A jej niektóre fragmenty kojarzą mi się również, jak to niedawno dobrze zauważył  Mariusz Wójcik, z prężnymi nagraniami Marka Shreeve'a.  Jednocześnie przyznaję na plus autorowi, że jest to inny materiał, niż jego dotychczas mi znane dokonania. Ocieranie się o konwencję dość sugestywnej muzyki quasi rockowej jest milsze od płodzenia słodziutkich melodii.  Pół godziny mija szybko, co rusz fruwają helikoptery,  a Jakub Fijak konsekwentnie szuka swojej  drogi. Alles ist gut, wird es noch besser sein!





niedziela, 26 lutego 2012

Jeff Wayne's - Musical Version of The War of The Worlds


       Gdyby ktoś spytał mnie, jaką poleciłbym mu wybitną płytę z progresywnym rockiem, kierując się wielkim sentymentem wymieniłbym w pierwszym rzędzie Jeff Wayne's Musical Version of The War of The Worlds. Pierwszy raz usłyszałem tę znakomitą muzykę w 1978 roku mając 14 lat, z jakiegoś kiepskiego monofonicznego radia. Nie przeszkadzało to zbytnio mojej młodzieńczej wyobraźni w tworzeniu obrazów krwiożerczych Marsjan atakujących naszą planetę. Dziennikarze Polskiego Radia byli tak mili, że przed emisją tłumaczyli  angielskie teksty, więc intensywność przekazu była wysoka. Lektura książki Wellsa i niesamowita żywiołowość muzyki skomponowanej przez Jeff'a Wayne odcisnęły na mnie swoje piętno. Szybko polubiłem fantastykę i tę muzykę, która z upływem czasu okazała się być prawdziwym majstersztykiem. Z czasem, dowiedziałem się, że w rejestracji nagrań wzięło udział wielu znakomitych artystów. Począwszy od narratora, znakomitego Richarda Burtona, poprzez rockowych wykonawców typu Phil Lynott czy Justin Hayward. Wszystko, co zapisano na dwóch krążkach było ekscytujące. I efekty otwierania włazu marsjańskiego pojazdu, stereofoniczne tricki, wspaniały bas... Potężny dźwięk snopu gorąca, który z fantazją emitował Jo Partridge i rewelacyjne wstawki orkiestrowe. Moc i rozpęd ostrych solówek, piękne egzaltowane wykonanie "Forever Autumn". Pełne ekspresji chórki, czy dowcipne zakończenie z dialogiem kosmonautów NASA. Pierwsze stereofoniczne odsłuchanie tej muzyki było jak kolejne objawienie (smile). Doskonała jakość techniczna, z jaką uwieczniono tę muzykę, dodatkowo wzmacnia efekt. Podziwiam wyobraźnię kompozytorów, ten szczególny eklektyzm - mistrzowskie połączenie elektroniki, rocka i muzyki orkiestrowej. Na dialogach Artylerzysty z  Dziennikarzem uczyłem się moich pierwszych angielskich słówek, a syntezatorowe wstawki Kena Freemana zwróciły moją uwagę na  te nowoczesne instrumenty. Niedawno spotkała mnie miła niespodzianka. Okazało się że w 2009 roku wydano płytę DVD ze współczesnym wykonaniem tego musicalu. Dodam, że bardzo wiernym oryginałowi i znów pięknie brzmiącym.  Film pokazujący tę inscenizację, a właściwie zapis koncertu, pokazał nie tylko imponującą scenografię, ale obok nowych młodych aktorów, również starszych weteranów -  muzyków. To był wzruszający moment.  To trzeba zobaczyć. Choćby to, jak technikom udało się "wskrzesić" głowę Richarda Burtona i "wkleić" ją w akcję. W internecie jest dużo informacji o tej muzyce i jej wykonawcach, starszych wydaniach, wznowieniach, remiksach i najnowszej wersji. Są również dostępne bilety na nową jego edycją w Polsce, w styczniu 2013 roku. Tak, ten musical najwyraźniej jest nieśmiertelny.




Bernd Kistenmacher – Let It Out !



    Bernd Kistenmacher – Let It Out ! to plik sprzedawany od 2011 roku poprzez blog autora. Jeden utwór, tytułowa suita trwa 41 minut. Muzyka jaka została zaproponowana słuchaczom przez znanego niemieckiego elektronika wychodzi naprzeciw oczekiwaniom tradycjonalistów. Przestrzeń gęsto wypełniona długo brzmiącymi akordami i umiejętnie budowana podniosła atmosfera, to cechy charakterystyczne dla muzyki tego pełnego sił i energii kompozytora. Te dźwięki mają na celu wprowadzenie słuchaczy w rodzaj pozytywnego transu, być może nawet ekstazy. Melodie balansują między umiarkowanie optymistycznymi nutami a romantyczną zadumą. Są tu klasyczne sekwencje i fortepianowe solówki. Bernd, podobnie jak twórcy nowoczesnych westernów, pragnie trafić do wąskiej, ale poszukującej swoich ulubionych klimatów grupy melomanów. Muzyka wydawać się może dość jednorodna, emocjonalne skoki są jednak dobrze słyszalne, pod warunkiem pełnego zaangażowania audytorium. Idealna na wieczór we dwoje dla tych oczywiście, którzy dobrze się czują otoczeni syntetyczną poezją Bernda Kistenmachera.   





sobota, 25 lutego 2012

Tangerine Dream - Exit



     Ciekawe, że płyty zespołu Tangerine Dream takie jak "Exit" z 1981 roku, uznawane przez wielu krytyków za pierwsze przejawy komercjalizacji ich muzyki, robią na melomanach pozytywne wrażenie. Związane jest to chyba z różnymi przeżyciami z lat młodości słuchaczy... A może dzieje się tak dlatego, że nasze (miłośników muzyki elektronicznej) życie, jest nierozerwalnie połączone ze słuchaniem tego typu muzyki? Że jest to jedna z tych niewielu rzeczy która jest dalej dobra i się nie zestarzała? Ta płyta stanowi znak pewnych czasów, które już nie wrócą... Choć jest faktycznie symbolem pójścia zespołu w stronę lżejszej gatunkowo muzyki - ma coś w sobie: klimat i swoisty urok. Dlatego ją lubię i co jakiś czas do niej powracam. Edgar Froese umiejętnie złagodził muzykę zespołu, tworząc piękne instrumentalne krajobrazy, nasycone harmonią, spokojem i odrobiną tajemnicy. Zawarta w niej pewna uniwersalność powoduje, że rozpoczynający ją "Kiew Mission" podoba się ludziom którzy na co dzień słuchają innej muzyki. Ten fragment, gdzie są wymieniane przez podekscytowany rosyjski głos kontynenty (prócz Antarktydy, wiadomo - za zimno, mało ludzi), będący swoistym przesłaniem pokoju - wydawać się może dziś dość naiwny. Jednak należycie uosabia pokojowe przesłanie zespołu na dziesięć lat przed końcem zimnej wojny. Płyta trzyma mniej więcej równy poziom i dostarcza wielu dalszych wzruszeń opartych na sentymentach (Pilots Of Purple Twilight, Exit). Jeśli oczywiście pogodzimy się z nową konwencją - przekazu emocji za pomocą rytmicznych, elektronicznych przebojów.  Kiepski wyjątek to "Network 23", zawsze przeskakuję tego "knota" aby posłuchać końcowej perełki: "Remote Viewing". Edgar i Chris przypominają sobie na niej, jak kiedyś wciągali publiczność w przeżycia na innym poziomie wtajemniczenia. Mimo wszystko - 21 różnych wydań tej płyty świadczy o tym, że - patrząc na oś czasu - było i jest duże zapotrzebowanie na tą muzykę.


piątek, 24 lutego 2012

Mick Clarke – Games


 Mick Clarke - basista i wokalista brytyjskiego zespołu popowego The Rubettes, wydał w 1979 roku swoją jedyną solową płytę długogrającą "Games". Rzecz może by nie była warta kronikarskiego zapisu, gdyby nie fakt skomponowania jej w całości na pięknie brzmiących analogowych syntezatorach. Pół godziny muzyki spodoba się poszukiwaczom archaicznych już dziś barw. Wytłoczony  w Niemczech album otwiera 17 minutowa suita "Spectro". Dużo ładnych efektów generowanych przez produkty Rolanda, Ems Vcs 3 czy Synthi Aks, utwierdza mnie w przekonaniu że tamte instrumenty miały swoją "duszę". Bardzo ładnie wyrażają minorowe emocje. Potrzaskiwanie czarnego placka dodaje temu swoistego uroku. Zawartość płyty nawiązuje do popularnych motywów z drugiej połowy lat 70., ale nie jest ich bezmyślną kopią. Mick stara się w ten sposób wyrazić swoje widzenie sztuki i zjednuje tym moje uznanie. Nie wiem dlaczego taka smutna twórczość mnie pociąga bardziej niż jej popowe przejawy.  Nawet dynamiczne, energetyczne przebiegi u Clarce'a wpisują się w estetykę starej, posępnej niemieckiej elektroniki. ... Fajnie! (smile). Gdy dodam że na pozostałych krótkich utworach dominują wrażenia penetracji tajemniczego kosmosu, wyraziste ostinata i ekscentryczne solówki ginące w pogłosach...  będzie wiadomo co chodzi.
         Te eksperymenty nie powinny pozostawić obojętnym starszych jak i młodszych fanów muzyki elektronicznej. 



czwartek, 23 lutego 2012

Nord Modular Overview




Przegląd tego co potrafi ten ciekawy instrument.

Kevin Kendle & Llewellyn - Journey to Atlantis



  Ciepła muzyka duetu Kendle & Llewellyn pociąga do siebie jakimś nieziemskim spokojem. Płyta "Journey to Atlantis" z 2007 roku to jak sam tytuł podpowiada, podróż w nieznane, w poszukiwaniu mitycznej, podwodnej krainy. Legenda o zatopionym dawno temu mieście, staje się dla artystów pretekstem do generowania pięknej muzyki. Jest ona wyjątkowo łagodna i kojąca. Wdzięczne partie fortepianu zagrane lekko i swobodnie nastrajają relaksacyjnie. "Lights Of Atlantis"  możę skojarzyć się niektórym słuchaczom z fragmentami "Incantations" Mike Oldfielda. Powolna podróż w głębokie otchłanie realizowana jest w manierze urozmaiconych brzmień typowych dla gatunku new age. Stonowane i majestatyczne dźwięki wlewają się do uszu, niejako czyszcząc je z negatywnych emocji. Melancholijne fragmenty w jakiś niezwykły sposób przebijają się do jaźni. Symfoniczne uniesienia w cyfrowej postaci, nieodgadniona tajemnica...Właściwie trudno o lepszą ilustrację tego typu podwodnych historii niż płyta "Journeys...". Jest to sugestywna muzyka dla marzycieli i romantyków. Pewnego rodzaju oaza dla osób szukających spokojnego miejsca wypoczynku realizowanego przy użyciu odprężających tonów płynących z syntezatorów. Wystarczy dać się im ponieść...





wtorek, 21 lutego 2012

Mr_Smok - Bandy Sound




      Jedną z niewątpliwych zalet tej muzyki jest szczerość przekazu. Mr_Smok nagrywając poszczególne utwory z płyty "Bandy Sound" nie myślał wcale tego upubliczniać. Grał dla siebie samego, ciesząc się tym co udało mu się stworzyć. Sam Adam mówi o swojej muzyce że jest koślawa, ale z duszą. Słuchając poszczególnych fragmentów można mieć rozmaite odczucia. 80 procent muzyki to różne brzmienia wyciskane z syntezatora Nord Modular G2. Autor opanował pewnie dużą część jego tajników, bo w tych kompozycjach aż skrzy się od różnych pomysłów. Praca w transie od rana do wieczora umożliwiła zapisanie i utrwalenie autorskiej weny i pasji.  Kapitalny jest np. utwór "Saved". Gdy zapytałem Adama o jego historię, okazało się że "Ocalony" jest owocem gorączkowej troski o ponowne zapisanie świeżo utrwalonego i... skasowanego pliku z muzyką. Dwie godziny poświęcone na kolejną rejestrację pomysłu opłaciły się aż nadto. Sam chciałbym nagrać kiedyś taki ciepły utwór z wplątaną w niego gitarą. "Odwracam się plecami do cywilizacji i widzę świat który będzie jak ludzie znikną. Prędzej czy później  - chyba ze wrócą do raju ;)". Te egzystencjalne rozważania Smoka pasują do jego zakręconej muzyki. "Balance Dear" - czyli umiłowanie równowagi może być wyrazem jego tęsknoty do czasów gdy ludzie nauczą się współżyć z otaczającą ich naturą. W utworze "Seals" czasami ktoś się przekornie śmieje, czy to jest wyrazem zdystansowania do przejawów ludzkiej bezmyślności? Nie wiem. Tej muzyki lepiej się słucha niż o niej pisze. Mam nadzieję że Mr.Smok wkrótce wyda dwupłytowy album CD z tymi i dodatkowymi utworami jakie spłodził. A tymczasem szukajcie ich na Jamendo.
http://smok.mp3.wp.pl/


poniedziałek, 20 lutego 2012

Tangerine Dream - Pergamon - Live At The »Palast Der Republik« GDR



    Płyta Tangerine Dream "Pergamon" z 1986 r. jest lubiana i ciepło wspominana przez wielu fanów.  Pierwsza na jakiej zagrał Johannes Schmoelling - więc uczucie świeżości, nowości było wtedy wyraźnie odczuwalne.  No i to zapis pierwszego koncertu (31.01.80r)  jaki dał zespół za żelazną kurtyną. Wydana pierwotnie przez Amigę na winylowym placku była powszechnie dostępna w naszym kraju. Ukazała się bez konkretnego tytułu na okładce, przyjęto więc potoczną nazwę "Quichotte" od określenia dwuczęściowej suity wypełniającej zawartość krążka.  Na dopracowanym wydaniu Virgin minimalnie zremasterowano zawartość. Oczywiście, prawdziwa siła popularności tego albumu kryje się w muzyce. Grupie w nowym składzie udało się zmienić charakter tworzonych kompozycji. Ze starszych pomysłów zostało długie celebrowanie i piękne solówki fortepianowe, które w wykonaniu Johannesa  brzmią szczególnie urokliwie. Jednocześnie przez cały czas trwania tej muzyki wyraźnie coś "wisi" w powietrzu. Ten efekt niedopowiedzenia, pewnej tajemnicy, intryguje i nie pozwala zgnuśnieć. Niektóre sekwencyjne fragmenty zostały wykorzystane  na kolejnej płycie "Tangram" gdzie brzmią doskonale, ale chłodna kalkulacja w studio pozbawiła Tangram (w sumie mojej ulubionej płyty T.D.) tego ulotnego "czegoś" co charakteryzuje "Pergamon". Łatwo dać się unieść pewnej poezji i finezji jaka jest wyczuwalna na tym koncercie.  Soczyste ostinatowe "mięsko" jakie się wylewa w drugiej części suity oraz Edgar w świetnej formie jako gitarzysta to poważne atuty tej muzyki. Mam wrażenie że grupa pozytywnie zatraca się we własnych dźwiękach dając z siebie wszystko. Słuchajcie tej muzyki gdy macie depresję. Na pewno pomoże.




Przemysław Rudź - Natchnienie jest rzeczą ulotną


Przemysław Rudź  - autor kilku albumów z muzyką elektroniczną, obecnie w ścisłej czołówce polskich muzyków grających progresywną elektronikę.

D.K.:  Od naszego ostatniego wywiadu minęło pół roku.  W międzyczasie ukazała się płyta "Unexplored Secrets Of REM Sleep", nagrana wspólnie z Władkiem Komendarkiem. Umocniła Waszą pozycję na coraz większym rynku rodzimych i zachodnich kompozytorów. Władek, zasłużony nestor polskiej elektroniki, niejako przekazał Ci na niej, że użyję przenośni "berło, koronę i jabłko".  W ciągu dwóch lat  skomponowałeś pięć dobrych, zróżnicowanych płyt.  Nie czujesz się wypalony?

PR: Ja? Wypalony? Ależ skąd! Zdaję sobie sprawę, że coś takiego jak wena nie jest dane raz na zawsze i kwestią czasu jest okres zastoju twórczego, czy zwiastuny syndromu wypalenia. Spotykało to największych w historii, bez względu na rodzaj muzyki i wydarzenia, jakich byli świadkami. Tym bardziej ja, skromny muzykant z Trójmiasta nie będę raczej w tej kwestii  wyjątkiem. Natchnienie jest rzeczą ulotną, dlatego też korzystam z każdej okazji aby dać upust temu co we mnie siedzi i wyrywa się ku głośnikom. Wiele z melodii, sekwencji, pochodów harmonicznych zapisuję z marszu w sekwencerze, często nadając im śmieszne nazwy. Wszystko to w nadziei, że kiedyś przyjdzie na nie właściwy czas. Ważne jest aby kompozycje, zanim ujrzą światło dzienne, przeszły przez wewnętrzny jakościowy odsiew ziaren od plew, co będzie szczególnie ważne w okresach spadku artystycznych lotów. Lepiej poczekać na lepszy okres, niż na siłę karmić Słuchaczy materiałem, do którego nie ma się przekonania, że wart jest prezentacji. Ilu  poetów, pisarzy i kompozytorów wolałoby zapomnieć i odesłać w niebyt swoje pierwsze lub  mniej udane utwory? Może więc jednak świadome zaniechanie jest receptą na podtrzymanie pewnego poziomu, poniżej którego nie wypada schodzić? Tylko jak tu zachować dystans do samego siebie? Oto jest pytanie! A co do Władka, to wierz mi, że może w ostatniej płycie jest element tej symboliki, o której wspomniałeś, jednak jestem przekonany, że Władek walczy dalej dzielnie i jeszcze wiele wody w Wiśle upłynie zanim powie dosyć. Tak po prawdzie, to po prostu wiem, że on nigdy nie przestanie. I chwała mu za to!

M.W.: Obserwuję twoją twórczość już klika lat, wiele również dyskutowaliśmy na tematy muzyczne czy ogólnie poruszaliśmy drażliwy temat egzystencji w obecnych czasach. Dla mnie Przemku jesteś takim… Frankiem Zappą wśród wykonawców muzyki elektronicznej. Dlaczego? Otóż w Twoich wypowiedziach widzę niezależność w  pojmowaniu świata i w ogóle – tak jak Zappa - idziesz pod prąd ze swoimi muzycznymi fascynacjami. Nowy album ”Paitings” dobrze obrazuje Twoją postawę, nie idziesz na łatwiznę i burzysz ogólnie przyjęte wzorce muzyki elektronicznej. Twoja buntownicza postawa przypomina mi samego Franka, ale i… tych wielkich eksperymentatorów 20 wieku. Czy Twoja nowa muzyka to ambient, awangarda czy nowy eklektyczny kierunek w EM?


PR: Już samo ideologiczne porównanie mnie do Zappy powinno nakarmić moje "ja" na kolejne pół roku albo i dłużej. Dzięki! Zappa był artystą ponadczasowym z kosmicznie wielu powodów. Wystarczy wspomnieć posunięty czasem do skrajności eklektyzm jego muzyki, otaczanie się lepszymi od siebie instrumentalistami i kompozytorami (Bozzio, Belew i inni), wszystko to w połączeniu z niespożytą wyobraźnią, energią podczas nagrywania płyt, a zwłaszcza koncertów. To tylko niektóre z przyczyn, jakie uczyniły z niego gwiazdę pierwszego formatu. Gdzież mi do tej skali talentu, choć zdaję sobie sprawę, że wybrałem inny rodzaj muzyki, której energia nie wynika z karkołomnych popisów technicznych czy eksplozji scenicznej, a z treści jaką ze sobą niesie i tego jak potrafi zapłodnić wyobraźnię wrażliwego Słuchacza. W chwili, w której piszę te słowa słucham cudownych Partit J.S. Bacha granych przez niezapomnianego Glenna Goulda. Po tej dawce baroku na najwyższym poziomie pewnie dla kontrastu odpocznę przy Thin Lizzy, albo którejś z płyt Genesis albo King Crimson. Zatem to, że pokochałem szczególnie elektronikę nie zwalnia mnie od śledzenia dzieł i pasjonowania się dokonaniami innych autorów nie tylko z epoki w której żyję, ale może przede wszystkim tych, dzięki którym muzyka tak bardzo rozwinęła się formalnie i poszła do przodu - którym każdy rockman, jazzman, bluesman, czy w końcu twórca el-muzyki jest winien najwyższe uznanie.

Postawiłem sobie za cel, aby każda moja płyta dotykała nieco innego obszaru muzyki elektronicznej, ale nie tylko elektronicznej. Przemycam tam świadomie bądź podświadomie elementy ambientu, rocka progresywnego, popu, czasem nawet jazzu i muzyki klasycznej. Tak jak Zappa lubię się otaczać lepszymi instrumentalistami od siebie, bo mam bardzo duży dystans do własnej techniki gry. Bez żadnej żenady powtarzam, że okiełznana technologia w parze z wyobraźnią muzyczną może zdziałać cuda. To tak oczywiste jak wybór lotu samolotem w odległe miejsce, zamiast podróży furmanką. Niby cel ten sam ale środek ku temu diametralnie inny, dowiązany do obecnych czasów i możliwości. Jeszcze kilka lat temu nie miałem pojęcia, że nagle będę miał na koncie pięć płyt autorskich i dwie kolejne "w zapasie", które obecnie dopieszczam i szlifuję, aby kiedyś zabłysły jak prawdziwe diamenty. Bliżej może mi przez to do określenia "pisanie muzyki", bo faktycznie wygląda to często jakbym ją pisał niż wprowadzał z palca do pamięci komputera. A więc podkreślę to jeszcze raz - niedostatki techniczne można zrekompensować po prostu czuciem i umiejętnością przenoszenia tych wrażeń na świat dźwięków, brzmień, harmonii i dysonansów. Czy to już nowy styl w el-muzyce? Myślę, że bardziej próba stworzenia tego charakterystycznego brzmienia, które czyni artystę oryginalnym i rozpoznawalnych w natłoku innych. Myślę, że małymi kroczkami zmierzam w dobrym kierunku...
 
D.K.: Miałem przyjemność poznać surowy materiał z przygotowanej przez Ciebie najnowszej płyty, którą roboczo zatytułowałeś "Paintings". Ukazujesz na niej niejako swoje nowe oblicze. Ta muzyka jest bardziej niepokojąca, mroczna i posępna niż dotychczasowe dokonania...

PR: Usiadłem do tej muzyki nie mając nic wcześniej przygotowanego, zupełnie jakbym wziął czystą ramę z płótnem i zaczynał malować pejzaż. Stąd też tytuł płyty, który sugeruje, że materiał zawarty na krążku będzie bardziej ambientowy niż zwykle. To całkowicie zamierzone. Około 60 minut elektronicznych impresji na różne tematy. Tak, momentami jest bardzo mrocznie i posępnie - wśród utworów znalazł się pierwszy cover w historii moich zmagań z klawiaturami. Opracowałem utwór Humanity Part 2 autorstwa Ennio Morriccone, który nadał niezwykły klimat grozy legendarnemu już horrorowi Johna Carpentera pt. "The Thing". Mam nadzieję, że tym którzy widzieli i słyszeli, moja wersja przypadnie do gustu i odświeży nieco wspomnienia o fabule filmu, natomiast tym, którzy usłyszą go po raz pierwszy, moja wersja będzie się bardziej podobała niż oryginał :) :) :)

Nigdy nie ukrywałem, że mollowe klimaty bardziej do mnie przemawiają niż wesołe durowe harmonie. Muzyka elektroniczna idealnie nadaje się do budowania atmosfery tajemniczości, czasem i niepokoju, a te jak wiadomo wymagają bardziej posępnych tonacji, brzmień, pochodu akordów i rytmiki. Udaje mi się to przez szerokie stosowanie wirtualnych symulatorów dawanych syntezatorów analogowych, takich jak Moog Modular, ARP 2600, czy Prohpet 5, Yamaha CS80 i innych. Niewiele jest instrumentów, których brzmienie tak mocno pobudza wyobraźnię, jak właśnie te "stradivariusy" muzyki elektronicznej (jak to pięknie kiedyś określił J-MJ).

M.W.: Twoja jeszcze nie wydana płyta  budzi moje spore zainteresowanie.  Nie tylko z powodu samej muzyki ale i … frapujących  sampli, które wykorzystałeś na „Paintings”, że podobnie jak Władek Komendarek próbujesz wyławiać dźwięki z natury by potem je przetransponować na sample, myślę, że to wyraz Twojego parcia na oryginalność, co mnie cieszy. Powiedz mi jakie instrumenty wykorzystywałeś przy produkcji nowej  płyty „Paintings” ?

PR: Jak już wspomniałem, na nowej płycie wykorzystałem szeroko instrumenty analogowe w ich wirtualnych wersjach (gdzież bym to wszystko pomieścił w domu, gdybym miał dostęp do prawdziwych maszyn?!). Do tego doszły sample nagrane zarówno przeze mnie, jak i moich przyjaciół. Szczególnie ciekawie wyszły kosmiczne dźwięki trzaskającej kry na zamarzniętym jeziorze, które do złudzenia przypominają efekty uzyskiwane w czasie eksperymentów z analogowymi syntezatorami modularnymi! A przecież to czysta natura! Ostatni utwór na płycie Hidden Nooks Of Our Ego produkuję we współpracy z moim serdecznym kolegą Adamem "Smokiem" Bórkowskim, który poświęcił się dla sztuki i zapewnił świetne sample poznańskiej ulicy w godzinach szczytu. Utwór ten zostanie też wzbogacony moimi szeptami i zmodulowanym głosem Adama. Będzie siła, zapewniam! Daleko mi do skali wykorzystywania dźwięków naturalnych, jak robi to Władek Komendarek. Może jednak to jakiś skromny zaczyn tego, co pojawi się w mojej muzyce w przyszłości?
  

D.K.: Wśród nagranych na "Paintings" utworów jest kompozycja "Who Goes There". Po raz pierwszy tak dobitnie dałeś wyraz swojej fascynacji kinem będącym mieszanką thrillera i SF. Nie przejmowałeś się ewentualnymi kąśliwymi docinkami?

PR: Kocham literaturę SF, kocham naukę i jej postęp. Jestem mentalnym dzieckiem i wychowankiem Lema i jemu podobnych. Nic więc dziwnego, że śledzę dokonania kinematografii, które zahaczają o w/w tematykę. Thriller Carpentera chodził za mną od dłuższego czasu, postanowiłem więc spróbować wczuć się w klimat filmu tak jak mógł to robić twórca ścieżki dźwiękowej, słynny Ennio Morriccone. Tak, spodziewam się, że niektórzy zarzucą mi porywanie się z motyką na Słońce, albo kalanie klasyków. Zapewniam jednak, że wersja utworu, która wciąż ewoluuje, przechodzi za każdym razem wspomniane już wewnętrzne jakościowe sito - zarówno moje, jak i bliskich mi osób. A to oznacza, że jeśli nawet nie będzie to wersja bijąca na głowę oryginał, to będzie to moje w pełni świadome spojrzenie na temat, z zachowaniem szacunku dla kompozytora, autora scenariusza i reżysera.

M.W.: Twoja muzyka znakomicie współgra z mrocznym kinem SF czy horrorami. Zwłaszcza interesujący cover muzyki Ennio Morricone do filmu „The Thing”, może sugerować twoje zapędy w tym kierunku. Czy dostałeś kiedyś jakiś sygnał od ludzi z branży filmowej o ewentualnej współpracy odnośnie soundtracku? Myślę, że Twoja muzyka wybitnie uzewnętrznia mroczne ego człowieka często zagubionego w meandrach ludzkich skomplikowanych życiowych historii. Ilekroć słucham twojej el-muzyki, a zwłaszcza próbki  najnowszej, jeszcze nie wydanej płyty „Paintings",  po włączeniu „play”w mojej głowie wyświetla  się film. Muzyka tak silnie oddziałuje, że  moja wyobrażania pokazuje film do twojej muzyki. Co o tym sądzisz?

PR: Myślę, a w zasadzie wiem, że wciąż jestem twórcą tak bardzo niszowym, że nikt ze świata filmu nie słyszał o moim istnieniu. Wyprawa w rejony muzyki filmowej na pewno byłaby niezapomnianą przygodą i wyzwaniem, po cichu marzę więc o takiej szansie. Mam zatem nadzieję, że mój dotychczasowy dorobek artystyczny przekona kiedyś odpowiednie osoby, co zaowocuje kontraktem i poświęceniu się jakiemuś ciekawemu projektowi  filmowemu, obojętnie czy fabularnemu czy dokumentalnemu. Na chwilę obecną podjąłem niewielką współpracę z firmą Inventica, która wyprodukowała astronomiczną aplikację pt. The Milky Way na mobilne produkty firmy Apple. Muzyczne tło w niej wyszło spod moich palców i podobno podoba się użytkownikom. A wracając do roli muzyki w filmie, to jest ona przecież niebagatelna. Wyobrażasz sobie Blade Runnera bez muzyki Vangelisa?
 
D.K.: Mogłeś nagrać jeszcze ze trzy płyty w stylu "Summa Technologiae" i pewnie nikt by nie protestował. Ale to nie jest myślenie progresywne. Ty ciągle szukasz, badasz, składasz dźwięki na nowo. Na najdłuższej suicie "Hidden Nooks Of Our Ego", gdzie eksploatujesz niedostępne zakamarki ludzkiej jaźni,  nie wahałeś się użyć nawet swojego głosu...

PR: No właśnie, jest tu pewien dylemat na linii artysta/słuchacz. Z doświadczenia wiem, że odbiorcy muzyki są często konserwatywni w gustach i jak się im spodoba jakaś płyta zespołu czy solisty, to automatycznie chcieliby aby następna była podobna. Tak było dla przykładu  z legendarnymi płytami Oxygene/Equinoxe. Jarre wiedział co robi kontynuując klimat i brzmienia Oxygene na drugim krążku. Myślę, że wielu by się rozczarowało (i ja również się do nich kiedyś zaliczałem), gdyby po "tlenowym" sukcesie pojawiła się mniej komercyjna płyta Zoolook. Dla wielu artystów może to być zabójcze artystycznie, bo ileż można oklepywać jeden temat! Mądrze jest próbować skłonić Słuchaczy aby zaufali i poszli razem z wykonawcą  akceptując jego dążenie do zmian. Oczywiście o ile on sam się w tym nie zagubi i nie straci na jakości i szczerości przekazu. Nie będąc zakładnikiem własnej popularności i marketingowego podejścia do twórczości, mam zdecydowanie łatwiej. Ta, oczywiście jest ważna, zwłaszcza gdy stanowi  podstawę utrzymania. Jednak nie robię sobie złudzeń, że kiedyś na moje konto zaczną wpływać tysiące dolarów ze sprzedaży płyt. Dlatego też każda z nich, choć zawsze dowiązana do ogólnego nurtu el-muzyki, penetruje regiony dalsze, czasem zupełnie z nią nie związane. Myślenie progresywne wyniosłem z ogólnego zainteresowania muzyką, jej historią i stylami, ale oczywiście nie tylko muzyka jest tu ważna. To raczej postawa światopoglądowa, w której szanując dorobek poprzedników i budując na nim nowe, odbywa się prawdziwy postęp. Wiele lat przede mną tak myślano, uważam to za właściwe i twórcze.

M.W.: Jak twoja piękniejsza polowa czyli Joanna wytrzymuje trud egzystencji z tak barwną osobowością jaką jest Przemek Rudź. Czy między wami istnieje  prawdziwa relacja rodzinna? Wiadomo, te czasy nie sprzyjają rozwojowi rodzinnej ciepłej atmosfery, a może Ty i w tym przypadku idziesz pod prąd i stawiasz rodzinę na pierwszym miejscu. Czy ta kwestia jest dla ciebie pierwszorzędnym priorytetem?

PR: Myślę, że jakoś daje ze mną radę i partnersko jesteśmy całkiem nieźle dopasowani. Jeżeli między dwojgiem ludzi jest uczucie i zrozumienie potrzeb drugiej strony, to trzeba się naprawdę solidnie postarać, że by wszystko spartolić. Odpukać w niemalowane, ale nam to na razie nie grozi :)
 

D.K.: Grasz teraz mniej jest soczystych sekwencji, one występują, ale raczej jako element uzupełniający. Właściwie Twoją nową muzykę można zdefiniować, choć to nie będzie precyzyjne,  jako wyprawę w świat zimnego ambientu i industrialu. Tytuły sugerują odwieczny kosmos, zimne lodowce, wylęgarnie astralnych istot... To rodzaj ucieczki przed bardziej namacalnymi problemami życia, czy może wyraz pewnej fascynacji?

PR: Z normalnym życiem mamy wszyscy do czynienia na co dzień. Praca, obowiązki, szukanie źródeł dochodu, zlecenia, umowy, podatki, ZUS i inne tego typu paskudztwa. Komponowanie i mentalne penetrowanie odległych i wyimaginowanych światów to odskocznia od szarości egzystencji, zalewu tandetnej i wszechobecnej reklamy, ucieczka od rozpasanej głupoty wokół nas. To lekarstwo zarówno dla kompozytora jak i ludzi, których zabiera on w muzyczną podróż. Nowa płyta taka właśnie jest - surowa, sterylna, zimna i transcendentna. Jednak poprzednie płyty zawierają też wiele utworów lżejszych, mniej minorowych czy onirycznych. Nie jestem więc aż tak bardzo wyrazicielem i medium tej ciemnej strony rzeczywistości. Myślę, że "Obrazami" zrównoważę jakoś to, co w mojej muzyce było do tej pory optymistyczne i pozytywne jeśli chodzi o jej nastrój. A wszystko po to, aby na kolejnym krążku znowu zaskoczyć Słuchacza czymś rytmiczniejszym, żywym i z pierwiastkiem bardziej ludzkim.

M.W.: Wiem że jesteś miłośnikiem astronomii, wydałeś książki w tym temacie, świetnie to się przekłada na twoje muzyczne fascynacje. W jakim stopniu dość trudna filozofia naszego wspaniałego pisarza S.F -  Stanisława Lema wpłynęła na twoją osobowość? Wiemy dobrze obaj, że Lem długo przed naszym narodzeniem (uśmiech) przewidział to całe zło, które drąży od lat naszą cywilizację. Czy nadal twórczość Lema i jego ponadczasowe książki w dobie super nowoczesnej technologii mają coś odkrywczego? Czy element wiary w człowieka i jego możliwości  i jego entuzjazm jest nadal Ci bliski?

PR: Wciąż jestem zafascynowany jego twórczością. Czytam właśnie z zapartym tchem listy Lema i Mrożka, które pokazują obu geniuszy od tej prawdziwszej, aczkolwiek mało znanej ludzkiej strony. Oczywiście esencją Lema są jego powieści i traktaty filozoficzne, czasem warto jednak poznać go jako normalnego człowieka, członka społeczności i rzeczywistości, która determinuje życiowe wybory i decyzje. Lem przestrzegał i wciąż przestrzega, nie wiem, czy cokolwiek z jego książek trafiło do kanonu lektur szkolnych, ale pewne jest że na to zasługuje. Często o Nim myślę i wracam do jego dowcipnych historii, które często rozładowywały napięcie w fabule. Myślę, że tak już pozostanie i dobrze mi z tym...
 
D.K.:  Na Facebooku piętnujesz bez ogródek nieudolność świata polityki. Wynika to pewnie z troski o nasze wspólne dobro. A co myślisz o ACTA i całym tym zamieszaniu jakie obecnie ma miejsce?

PR: Powiem krótko - gardzę politykami. To eufemizm, bo nie chcę używać bardziej wulgarnego i dosadnego języka. Jestem liberałem, może nawet i libertarianinem, dlatego też szczególnie interesuje mnie stopniowe ograniczanie wolności ludzi przez ograniczonych umysłowo osobników, którzy mają święte przekonanie o swojej misji. Dobrze się dzieje, że w dobie internetu, jednostki myślące podobnie do mnie mają szanse organizować się i przynajmniej werbalnie stawiać opór politycznym cynikom, którzy dla utrzymania się na stołku są w stanie zrobić z siebie najbardziej służalcze dziadostwo, zarówno tu na polskim podwórku, jak i na arenie międzynarodowej. Zawiodłem się już praktycznie do wszystkich i widzę, że w tym systemie nawet św. Piotr zacząłby w końcu kraść. Ludzi traktuje się jak bydło, a najgorsze jest to, że oni sami nauczyli się takim właśnie bydłem być - prowadzonym, chronionym, czasem zdzielonym batem, czasem nakarmionym. Idealnie jest więc wtedy, gdy nie zadaje się pytań, nie kontestuje się rzeczywistości, nie patrzy na ręce i zakulisowe rozgrywki na salonach.

Ostatnie wydarzenia z ACTA w roli głównej zwróciły uwagę na to o czym wyżej napisałem. Możemy w końcu wpływać na to, co dzieje się na szczytach władzy. Skoro przez te kilkadziesiąt lat rozwoju socjalu w Europie, zabrano ludziom możliwość decydowania praktycznie o najważniejszych kwestiach związanych z ich życiem, to cieszy każdy przejaw buntu, jaki towarzyszy podpisaniu ACTA. Sądzę, że kwestie praw autorskich trzeba jakoś uregulować z zachowaniem odpowiedniego umiaru po jednej i drugiej stronie. Śmieszy mnie, że można czerpać w nieskończoność tantiemy za "Nie płacz Ewka" i każdy przejaw tego, notabene całkiem fajnego, kawałka w internecie i innych mediach. Dobrze też wiem, że własność intelektualna i artystyczna oraz jej poszanowanie powinno chronić przez jakiś czas ludzi (10, 15, 20 lat?), którzy mają talent, chęci i możliwości aby sztuką, wynalazkami i innowacjami jakoś pchać ten świat do przodu. Kto to zrobi jak nie oni? Inaczej ogarnie nas stagnacja i mentalna jałowość wśród półgłówkowatych jednostek niepotrafiących wyciągnąć pierwiastka kwadratowego z 9. Gdy kwestia dotyczy internetu i ogromu informacji jaka się w nim znajduje, sprawa wygląda jeszcze bardziej jaskrawo. Jestem przekonany, że gdyby podejść do tematu restrykcyjnie, albo wręcz totalnie, byłby to bat ukręcony przez twórców na samych siebie - ludzie baliby się cokolwiek pokazać, wysyłać, dyskutować. Możliwe, że reakcją na to byłoby powstanie jakiegoś tajnego internetu, zupełnie jak szara strefa w gospodarce. Ciekawi mnie też, jakby miała wyglądać kontrola, bo każde prawo trzeba jakoś egzekwować - trzeba by ustanowić nad światem jakiegoś wszechwładnego Wielkiego Brata i jego mniejszych lokalnych Braciszków, którzy obserwują co się u każdego w domu dzieje. Tego chcemy, czy może przesadzam?
 
D.K.: Niedawno wspomniałeś mi że masz materiał na trzy kolejne płyty. Czego oprócz "Paintings" możemy się jeszcze po Tobie spodziewać? Czy jest tam progresywny materiał pt. "Back To The Labyrinth"?

PR: Bardzo chcę ukończyć prace nad muzyką, która jest powrotem do lat licealnych, kiedy byłem klawiszowcem elbląskiej progresywnej grupy Labirynt. Przypomniałem sobie stare dobre czasy i wybrałem z tego repertuaru najciekawsze moim zdaniem kompozycje, solidnie je przearanżowałem, nadałem nowoczesne brzmienie osadzając w stylistyce szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Już teraz, po pierwszych nagraniach wiem, że utwory te nabrały nowego życia, kolorów, energii i wraz z innymi kompozycjami tworzą spójną i zamkniętą całość, która nawiązuje nieco stylistyką do ostatniej płyty z Władkiem Komendarkiem, choc więcej w niej charakterystycznych dla mnie harmonii. A że ma być bardziej rytmicznie i rockowo, jak wspomniałem wcześniej, potrzebuję tam trochę żywych instrumentów. Niecierpliwie czekam więc na wolne moce przerobowe moich muzycznych przyjaciół, który zgodzili się znów pomóc mi w kolejnym projekcie.
 
Dziękujemy Ci serdecznie za wypowiedzi i niecierpliwie czekamy na nowe wydawnictwa.

PR: Dziękuję również za pytania. Mam nadzieję, że potencjalni czytelnicy przebrną przez tego "tasiemca". Do zobaczenia!

Pytania zadawali Damian Koczkodon i Mariusz Wójcik.

niedziela, 19 lutego 2012

John Cage – Tacet 4’33’


   Tylko w pierwszej chwili pomysł wydaje się absurdalny. John Cage, ekstrawagancki współczesny kompozytor wymyślił któregoś dnia że muzyk przez ponad cztery minuty nie zagra ani jednej nuty. Będzie tylko siedział przed fortepianem otwierając i zamykając jego wieko. Bzdura? Nie powiedziałbym. Mimo iż instrument milczy, "gra" przecież jego otoczenie. David Tudor na premierze tego utworu  29 sierpnia 1952 w Woodstock w stanie Nowy Jork, używał też stopera i naciskał pedały fortepianu.  Skrzypiały krzesła, szeptali i oddychali słuchacze, a raczej widzowie. Jakże bliskie jest to wielu poszukiwaniom muzyków preferującym eksperymenty i muzykę ambient.  W  żywym otoczeniu człowieka nie ma ciszy absolutnej.  Napisano na ten temat wiele słów, użyto wyrafinowanych terminów. Ciekawe że nigdy nie da się wykonać tego utworu dwa razy tak samo. Tło będzie zmienne.  I co krzepiące, a wywołać może uśmiech - większość z nas swobodnie może go "zagrać" po mistrzowsku we własnym domu. Do dziś wykonują ten utwór niektóre amerykańskie orkiestry. Uważam że jeśli nie Cage, to inny muzyk by coś takiego uskutecznił. Ludzka ciekawość i pasja poznania nie mają granic. Niech więc cisza gra. Bo wielu ma wielbicieli.







Carlos Guirao - Revelation

  

   Carlos Guirao: "Revelation" - to wspaniała podroż do przeszłości, a zarazem muzyka dedykowana dziecku autora - Pablo. Rok wydania - 1982 był dobrym momentem dla solowego debiutu współzałożyciela legendarnego zespołu Neuronium. Po nagraniu pięciu wspólnych projektów i udziale w londyńskim jam sessions z Vangelisem (1981), nasz bohater odchodzi z zespołu. Być może Michel Huygen przyćmił kolegę swoją dynamiką i siłą ducha. Ale usamodzielnienie się Carlosa wyszło mu na dobre,  bo słuchając solowych nagrań Guirao trudno odbierać je beznamiętnie. Są tu piękne, mięsiste sekwencje jak i dźwięki niepokojące, ba - słychać nawet dziwne wrzaski, niczym protesty uwięzionego potwora. Na płycie jest długa, rozbudowana suita, jak i krótsze fragmenty. Świetnie grają dwaj wspierający autora klasyczni perkusiści: José Maria Ciria i Manolo Torres. Ich akcesoria, wibrafon i najróżniejsze efekty, korzystnie ożywiają muzykę. Długo trwające, patetyczne frazy oraz krótkie i zmienne kaskady różnych dźwięków nie pozwolą się nudzić. Zakręcone, hipnotyczne ostinato, cudownie pomieszane z mnogością dodatków przypominających brzęczące garnki szalonej gosposi, wprowadzają słuchacza w pewien szczególny błogostan. Czasami Carlos gra na gitarze, która w połączeniu z wibrafonem również tworzy ciekawy klimat. W tej całej różnorodności duże znaczenie mają pełne zadumy i melancholii melodie. Piękne brzmią syntezatory: ARP Soloist, czy sekwencer Korga, użyte przy nagraniu tych utworów. Jest to prostu stara, dobrą muzyka. Wielka zatem szkoda że po długiej walce z rakiem, Carlos Guirao zmarł 17 stycznia 2012 r. w Barcelonie. Pozostało kilka intrygujących płyt które odnajdą szczególnie dociekliwi fani.
    


piątek, 17 lutego 2012

Vanderson - Anything Can Happen



  Maciek nagrywa dużo płyt. Jego muzyka jest przeznaczona dla bardzo konkretnej grupy ludzi. Są to często fani brzmień analogowych, ale przede wszystkim dynamicznych, soczystych sekwencji. Album Anything Can Happen wydany w 2010 roku przez label Syngate Records jest taką właśnie klasyczną pozycją.  Płyta zaczyna się delikatnie utworem "Night Expanse". Na drugim planie przetworzony głos ludzki coś oznajmia i wprowadza spokojną sekwencję. Ponieważ są to nocne klimaty, to nie należy się spodziewać feerii dźwięków. Ale już w drugiej kompozycji "Mirage" - Vanderson  do stonowanej pętli wprowadza dość przyziemny rytm, który z pewnością spodoba się wielu odbiorcom, ale mi w tym czegoś brakuje. "Solar Eclipse" również ma łagodny wstęp, skoro jednak Vanderson kocha sekwencery, więc ta muzyka też szybko rozkręci się do pewnego dynamicznego standardu. Nic to odkrywczego, jednak bardziej się wyróżnia niż poprzednie sekwencje. Autor chwilowo pozwala przygasnąć niektórym rozbudzonym strukturom, aby potem wznowić tę swoistą orgię. W "Hard Night" od początku arpeggia narzucają pewną konwencję. Choć później uwagę skupiają różne solówki, to i tak słychać, że Maciek najlepiej czuje się w muzyce, w której dominują ostinata i zapętlone brzmienia. W tym stylu grać będzie będzie prawie do końca płyty, z większym lub mniejszym zróżnicowaniem wypełniających ją rytmów i galopad.  Muzyk eksploatuje gałąź z której już przed nim dawno zerwano większość smacznych jabłek. Jeżeli ktoś szuka muzyki działającej na emocje jakie wywołują szybkie przebiegi i związane z nimi doznania - będzie kontent.  Na plus wyróżniam ostatnią kompozycję "Still Dreaming" w której Wierzchowski wprowadza elementy zadumy spokoju i ujarzmia swą potrzebę ciągłego sekwencjonowania. Nad wyraz mnie to cieszy i zachęca do szukania trochę innego grania na jego pozostałych płytach.


czwartek, 16 lutego 2012

Terry Oldfield & Soraya Saraswati - Healing Sound Journey


     Totalna relaksacja. Tak najkrócej można określić zawartość płyty Terry Oldfield & Soraya Saraswati - Healing Sound Journey. Brat dobrze znanego multiinstrumentalisty Mike Oldfielda jest uzdolnionym i wrażliwym kompozytorem muzyki, której przypina się etykietkę New Age. Sam autor w jednym z wywiadów mówi że woli kojarzyć ją z terminem ambient i brzmieniami natury. W 2011 roku razem ze swoją partnerką Sorayą Saraswati, nagrywają ciekawy album.  Jego zawartość  to łagodne kompozycje na flet, ludzki śpiew i dźwięki otoczenia. Terry oprócz pięknej gry na  najstarszym instrumencie świata, używa również syntezatorów i różnych akcesoriów perkusyjnych. Soraya śpiewa, gra na monochordzie i orientalnych urządzeniach w rodzaju mis i pudełek. Długo brzmiące sugestywne sola na flecie, którym nadano odpowiedni pogłos, mogą dać ukojenie po np. ciężkim dniu pracy. Inspiracje wieloma kulturami, mnogość podróży w których Terry poznawał obyczaje i historię różnych nacji, przekuwa niejako na swój specyficzny język. Pozbawiona skrajnych emocji muzyka, może stanowić odtrutkę na uszy zmęczone rockowym hałasem. Jednak ideologia którą od lat  zafascynowana jest para muzyków: medytacja, joga czy uzdrawianie, specjalnie mnie nie interesuje. Oddzielam ją od frapującej muzyki, koncentrując się na akustycznej części ich oferty.


środa, 15 lutego 2012

Karlheinz Stockhausen – Helikopter-Quartett


 Karlheinz Stockhausen, znany niemiecki awangardowy kompozytor, wdrożył w 1996 r. w życie dziwny muzyczny projekt. Połączył w sobie brzmienie kwartetu smyczkowego i dźwięków wydobywanych przez cztery helikoptery. Trwający blisko 32 minuty utwór został przez wykonany przez członków Arditti Quartet umieszczonych osobno w wyżej wspomnianych maszynach. Ideą tego przedsięwzięcia była gra na żywo przekazywana z wnętrza podniebnych pojazdów do słuchaczy znajdujących się na murawie za pośrednictwem zestawu wzmacniaczy i kolumn. Pomysł dość spektakularny, według reakcji osób oglądających fragmenty spektaklu na Youtube, ma tyle samo zwolenników co i przeciwników. Zastanawiam się nad tym, jaki cel prócz stworzenia multimedialnego widowiska, miała ta prezentacja. Dźwięki wydobywane przez muzyków na wysokości, równie dobrze można było zagrać  z mniejszym dla muzyków stresem na ziemi. No i dużo taniej. Materiał końcowy i tak robi wrażenie poprawianego przez autora w studio. Karlheinz często budził kontrowersje. W swoim dążeniu do  układania nowych struktur i kolaży pokonał wiele barier. Płyta  Helikopter-Quartett nie jest długa i każdy średnio wytrzymały meloman da radę posłuchać jej do końca. Co jakiś czas autor pełnym tryumfu głosem deklamuje po niemiecku cyfry początkowe. Być może jest to przeciwwaga do mechanicznych efektów obracających się skrzydeł? Miłośnicy tego typu twórczości mają bardzo wyrafinowane słownictwo na poparcie takowych działań. Dla mnie ta muzyka jest po prostu kolejną ciekawostką ze świata brzmień niepospolitych. 

wtorek, 14 lutego 2012

Pierre Schaeffer - L'Œuvre Musicale


  Pierre Schaeffer jest znanym francuskim kompozytorem i twórcą muzyki konkretnej. Według konceptu autora, ta twórczość jest efektem innego spojrzenia na podejście do emitowania muzyki. Zazwyczaj artysta ma najpierw pomysł na muzykę, który potem zapisuje i wykonuje na instrumentach. Nowe podejście Francuza polega na montowaniu już istniejącego materiału, szmeru, dźwięku w sposób eksperymentalny nie posługując się przy tym klasycznym zapisem nutowym. Czyli od konkretu do abstrakcji. Filozofia ta, skutkująca powstawaniem bardzo dziwnych dźwiękowych kolaży, znalazła swoich zwolenników na całym świecie. Próżno szukać w niej całej melodii, podziału na refreny i zwrotki,  za to dużo jest tu przypadkowych zjawisk muzycznych. Dźwięków otaczającej przyrody, industrialnych hałasów, odgłosów dochodzących z ulicy i właściwie wszystkiego, co przyszło do głowy kompozytorowi.
  "L'oeuvre Musicale" to muzyka nowoczesna i eksperymentalna. Ukazało się kilka wersji tego albumu. Trzy płytowa składanka której słucham, zawiera różne utwory z lat 1948 -1988. Na drugiej płycie część utworów sygnowana jest nazwiskiem współtwórcy gatunku Pierre Henry. To niełatwa w odbiorze twórczość. Ludziom przyzwyczajonym do harmonii, uporządkowanych form muzycznych, efekty jakie zapisali Francuzi mogą wydać się często irytujące. Kaskady przypadkowych akustycznych zdarzeń nie zawsze brzmią w uszach pozytywnie.
   Ale to nie powinno zniechęcać poszukiwaczy nowego, ludzi zadających sobie pytanie: "co by było gdyby...?". Tym bardziej że mimo terminologii przypadku i rządów chaosu, słychać czasami podświadome dążenie wykonawców do ujarzmienia bezładnej formy. Elektroakustyczna mikstura może też pobudzać wyobraźnię. Pamiętam jak walcząc z klaustrofobią podczas zabiegu rezonansu magnetycznego wsłuchiwałem się w towarzyszące temu efekty dźwiękowe.  Zauważyłem że już je wszystkie słyszałem wcześniej w muzyce. I w wykonaniu Pierre'a również czasami je wychwytuję.
  Ciekawe, że choć Pierre Schaeffer deklaruje niezależność formy, to w opisie, tytułach i terminologii utworów nawiązuje do muzyki klasycznej. Czy jest to forma swoistej nobilitacji tej muzyki? Możliwe. Czasami jej autorzy popadają w skrajność. John Cage nagrał 4 minutowy utwór "4' 33" zawierający tylko odgłosy widowni. Wielu ludzi nie uważa więc tego typu produkcji za muzykę.  Jednak dopóty na świecie rządzi różnorodność, każda forma znajdzie swoich zwolenników i przeciwników.
  





piątek, 10 lutego 2012

Klaus Krüger – Collection


   Wszyscy miłośnicy Tangerine Dream i Edgara Froese dobrze kojarzą płyty "Cyclone", "Force Majeure", "Ages". Na perkusji grał tam niejaki Klaus Krüger (jego nazwisko przewijało się na winylach w różnych odmianach: Claus Crieger, Klaus Krüger-Hahn, Klaus Krieger, Klaus Krueger). Mniej osób pewnie kojarzy jego dwie solowe płyty: "One Is One" z 1981 i "Zwischenmischung" z 1982 roku. Próżno szukać ich osobno na CD, ale w 1989 szefowie Innovative Communication zlitowali się nad fanami, lub jak kto woli - postanowili trochę zarobić.  Nie wiem czy to drugie się udało, niemniej, ku radości wytrwałych koneserów, pojawił się składankowy krążek CD: Klaus Krüger – Collection. Zawiera on obie wspomniane wyżej płyty, a niektóre  utwory umieszczone są w trochę innej kolejności niż na czarnych plackach. Gdy dotarł do mnie tez zapis, ożyły wspomnienia, a serce zaczęło bić szybciej.

  Pierwsze siedem nagrań z "One Is One" którym swojego czasu patronował sam Klaus Schulze, to ambitne elektroakustyczne eksperymenty. Pełno na nich trudnych do zidentyfikowania efektów, bulgotów, dzwonków. Ciekawe są improwizacje na saksofonie altowym Bobby Sommera i trochę psychodeliczne, wielokrotnie powtarzane monologi artysty. Wtóruje mu w tym żona Christine Hahn. Klaus operuje również różnorodnym instrumentarium perkusyjnym jak i elektronicznym. Zwichrowana, abstrakcyjna muzyka robi czasami wrażenie zrobionej w garażu. Te niepokojące chwilami dźwięki dawkowane są z wyczuciem i nie słychać żadnej monotonni.

 Płyty Zwischenmischung szukałem dobrych kilkanaście lat. Pamiętałem z radiowej prezentacji Jerzego Kordowicza że zawierała serię dziwnych, ale fascynujących krótkich utworów, na których okazjonalnie wspierał autora na gitarze Manuel Göttsching. Tak długo oczekiwane ponowne odkrycie ulubionej niegdyś muzyki, należy do najprzyjemniejszych momentów w życiu. Rzeczywiście, te dźwięki powodują wzrost poziomu endorfiny w mojej krwi i wywołują stan bliski euforii. Ciekawe że przyczynia się do tego muzyka dość uboga w warstwie instrumentalnej. Maniera umiarkowanego wykorzystania przestrzeni może kojarzyć się z niektórymi bardziej przystępnymi płytami Cluster z lat 70 np. Sowiesoso.  Ma to swoje dobre strony, bo wyraźnie słychać każdy instrument, a ich dosłowność nadaje utworom indywidualne piętno. Na tej płycie do pomocy instrumentach perkusyjnych zaprosił Michaela Wintera a na syntezatorach gra prócz lidera ponownie żona Christine Hahn. Te nietypowe rozwiązania rytmiczne są jedną z wyróżniających te nagrań cech. Wspomniany wcześniej Manuel najlepiej słyszalny jest w kompozycji  "Deutschland" gdzie szarpie struny w charakterystyczny dla siebie sposób. Wszystkie utwory są "zakręcone" i trudno mi wskazać na jakiś słabszy. Zwolennikom płyty "Sorcerer" podobać się może podobny w klimacie eksperymentujący "Finale".  W sumie ciekawa, oryginalna twórczość. Wielka szkoda że nie było więcej solowych płytek tak pomysłowego wykonawcy.









środa, 8 lutego 2012

Jakub Fijak - Cały czas poszukuję nowych inspiracji



Jakub Fijak - młody muzyk ze Szklarskiej Poręby, chętnie  podzielił się ze mną kilkoma swoimi przemyśleniami:

1. Powiedz kilka słów o sobie które można bezpiecznie opublikować :)

   Jestem pasjonatem muzyki, który uwielbia poznawać nowe dźwięki. Stale poszukuję nowych płyt i wykonawców, którzy dostarczą mi wielu wewnętrznych wrażeń. Tworzenie muzyki jest dla mnie formą wyładowania emocji, sposobem na powiedzenie czegoś, czego nie chcę lub nie potrafię przekazać werbalnie. Na co dzień jestem raczej kameralnym chłopakiem, który nie wyróżnia się niczym spośród tłumu, zwyczajnym człowiekiem z gór, z natury raczej samotnikiem. Lubię obserwować ludzi, czerpać z nich inspirację. Staram się odnajdować niezwykłość w zjawiskach lub przedmiotach, które dla wielu z nas są czymś oczywistym i nie wartym chwili zastanowienia.


2. To podobnie jak ja. Jakie było Twoje pierwsze spotkanie z muzyką elektroniczną, czy pamiętasz płyty lub wykonawców którzy zrobili na Tobie szczególne wrażenie?

   Od zawsze bliskie memu sercu były klimaty new age, ethno czy world music, więc muzykę elektroniczną sensu stricto poznałem dosyć późno, a było to w momencie kiedy zacząłem udzielać się w EL-Stacji. Wprawdzie próbowałem słuchać  J.M.Jarre'a czy Klausa Schulze, jednak wtedy nie udało mi się złapać elektronicznego bakcyla. Patrząc z perspektywy czasu musiałem nauczyć się słuchać takiej muzyki, zdobyć umiejętność jej kontemplacji, więc tak naprawdę moje pierwsze wrażenia el-muzyczne były sprawką polskich wykonawców el-muzyki, szczególnie myślę tu o płycie Marka Bilińskiego “Wolne Loty”, czy też “Romantic-On” Tomasza Ostrowskiego.

3. A jak jest teraz? Czytałem Twoją recenzję płyty Rudzia i Komendarka...

  Dzisiaj jest trochę inaczej. Na pewno bardziej otworzyłem swój umysł na nowe doznania  dźwiękowe nie ograniczając się tylko do elektroniki czy też  moich niezmiennych zamiłowań do new age. Obecnie więcej słucham muzyki filmowej i rocka progresywnego. Co do płyty “Unexplored Secrets Of REM Sleep” - myślę, że recenzja to za duże słowo, nazwałbym to raczej zbiorem odczuć i refleksji jakie mi towarzyszyły podczas odsłuchiwania i kontemplacji tego materiału. W dobie nihilizmu jaki obecnie panuje w el-muzyce ten nietuzinkowy duet pokazuje nam, że warto próbować tworzyć coś dźwiękowo indywidualnego, bo jak się okazuje nie jest to niemożliwe – wystarczy otworzyć umysł i nie bać się dewastować kanonów powszechnie panujących w el-muzyce. To może oczywiście skutkować okrzyknięciem kompozytora mianem “antychrysta syntezatorów” co koniec końców może być tylko i wyłącznie preludium do elektronicznej rewolucji.

4. Fajnie że słuchasz progresywnego rocka. Jak trafiłeś do Mogilna i El- Stacji, sam szukałeś kontaktu czy zostałeś "odkryty"?

   Cóż, nie wiem czy mogę mówić o jakimś odkryciu ponieważ był to w zasadzie jeden z efektów współpracy z Maciejem Braciszewskim. W prawdzie o EL-Stacji słyszałem już dużo wcześniej, ale nie sadziłem, że enigmo-pochodne klimaty jakie dominują w moich utworach przyjmą się w radiu nastawionym na określony gatunek muzyczny, więc jeśli mam być szczery, nie próbowałem nawet zapytać o emisję swoich nagrań u Marqsa. Jak się później okazało mogileńskie radio przyjęło mnie z otwartymi ramionami i cały czas chętnie publikuję tam swoje prace. Jeśli zaś chodzi o mój debiut sceniczny to organizatorzy Elektronicznego Weekendu zdecydowali się postawić na młodych i początkujących twórców el-muzyki, w związku z tym dostałem szansę pokazania się. Wraz ze mną otrzymali ją między innymi Aleksander Lasocki ze Szczecina i Piotr Lewandowski z Warszawy.

5. Ten koncert  z Elektronicznego Weekendu Mogilno 2011. Co Ci dała obecność na nim, jakie pozostawił za sobą wrażenia, przyjaźnie i plany?

  Tamten weekend spędzony w Mogilnie był dla mnie bardzo szczególny. Przede wszystkim dlatego, że mogłem po raz pierwszy zaprezentować na dużej scenie to, co przeszło 3 lata powstawało w domowym zaciszu mojego pokoju. Miałem okazję poznać wielu życzliwych ludzi skupionych przy EL-Stacji, jak również związanych z el-muzyką. Niesamowitym przeżyciem było zagranie na jednej scenie wraz z żywą legendą -  Robertem Kanaanem. Był to dla mnie wielki zaszczyt. Jeśli zaś chodzi o plany to myślę, że cały czas są stałe i niezmienne. Trzeba  patrzeć w przód i myśleć o tym ile jeszcze można zrobić, niż bazować na tym co już zostało zrobione.

6. Też lubię muzykę Roberta Kanaana. Szczególnie tę starszą.  Tworzysz muzykę ciepłą, rozrywkową, taką która ma sprawiać radość i przyjemność  słuchaczom. Tak na razie zostanie czy planujesz się rozszerzać w różne strony?

  Słyszałem wiele różnych opinii na temat mojej muzyki. Jedni twierdzą, że jest pozytywna, inni zaś określają ją mianem dekadenckiej i pesymistycznej. Sam nie potrafię ocenić jaka jest tak naprawdę, tę kwestię pozostawiam słuchaczom. Ciężko mi również powiedzieć czy tak zostanie czy się zmieni. Muzyka jest dla mnie idealnym sposobem komunikacji ze światem, więc sądzę, że w zależności od tego, co w danym momencie będę chciał wyrazić i opowiedzieć, tak też będzie ewoluować moja muzyka. Cały czas poszukuję nowych inspiracji i rozwiązań. Nie robię raczej nic nowatorskiego, zwyczajnie próbuję sił w różnych konwencjach i stylach muzycznych. Staram się jednoczenie mierzyć zamiary na siły i nie podejmować się rzeczy, których nie będę w stanie wykonać. Nie jest również moim celem aby na siłę udowadniać światu swoja oryginalność, pasąc przy tym swoje ego. Liczy się tylko muzyka, bo dzięki niej mogę mówić, często nawet w sposób jasny o rzeczach oczywistych.

7. Z Twoich ośmiu płyt  znam na razie tylko 3. Czy zawartość pozostałych jest podobna?

  Na pewno moja muzyka ma w sobie cechy wspólne, lecz każda następna produkcja w mniejszym lub większym stopniu różni się od poprzednich. Lubię powracać co jakiś czas do danej konwencji, o czym może świadczyć ostatnie wydanie pt. “Expedition”. Chyba najbardziej wyróżniającym się albumem jest “Soldiers Of Heaven”. Po koncercie w Mogilnie, gdzie prezentowałem materiał właśnie z tej płyty podszedł do mnie Darek Długołęcki. Przyznał wtedy, że nie spodziewał się czegoś co brzmi jego zdaniem podobnie do “Fire” Marka Bilińskiego.


8. Jakiego sprzętu i wyposażenia używasz przy realizacji nagrań?

  Pracuję na syntezatorze Roland Juno-D. Jeśli zaś chodzi o oprogramowanie to korzystam głównie z produktów Cakewalk by Roland (Z3TA+1, Dimension LE, Sonar X1 Le).


9. Kto jest dla Ciebie największym wsparciem?

  Zdecydowanie jest to osoba Macieja Braciszewskiego, mojego przyjaciela i opiekuna muzycznego. Bardzo wiele się od niego nauczyłem, a dzięki jego pomocy w moim odczuciu wiele osiągnąłem. Są także inne życzliwe mi osoby, które wierzą we mnie i cały czas mnie dopingują [ czasem nawet chcą mi nakopać :-) ] i za to serdecznie im dziękuję!


10. Jak reagują na Twoją muzykę Twoi znajomi z rodzinnego miasta?

  To jest dobre pytanie, też chciałbym to wiedzieć! Prawda jest taka, że niewiele osób z moich rodzinnych stron wie o tym co robię w wolnych chwilach, natomiast Ci którzy wiedzą, reagują raczej pozytywnie choć nie traktują tego nazbyt poważnie.

11. Zdarza Ci się wziąć odtwarzacz na jakieś wzniesienie poza miastem i tam przeżywać muzykę, albo odwrotnie wracasz i coś nagrywasz bo akurat Cię "natchnęło"?

  Idąc w góry szukam spokoju, chwili refleksji, chcę odpocząć. W związku z tym wolę słuchać muzyki lasu, szmerów strumieni i w takiej atmosferze poszukiwać natchnienia. Doskonale więc rozumiem Mr Smoka, który na każdym kroku podkreśla wspaniałość dźwięków natury.  

12. Mr.Smok jest rzeczywiście oryginalnym i wrażliwym człowiekiem. Co Cię pasjonuje poza muzyką, o ile masz na to jeszcze czas...

 Moją wielką pasją jest ratownictwo medyczne, któremu teraz poświęcam większość swojego czasu. Oprócz tego zdarza mi się czasem pisać opowiadania, wiersze, a nawet swoje quasi-filozoficzne rozważania. Sprawia mi to dużą frajdę.

13. Czy widzisz sens wydawania płyt na CD czy wystarczy ci Internet?

   Jak każdy twórca marzę o zmaterializowaniu swojej pracy w postać muzycznego krążka, jednak nie jest to takie proste, więc siłą rzeczy Internet musi mi wystarczyć. Nie mniej jednak, jako środek masowego przekazu jest na pewno znakomity dla ludzi takich jak ja, którzy dzięki niemu mogą pokazać swoje produkcje szerszej rzeszy odbiorców, a w innym przypadku mogliby nie mieć takiej szansy. Mam tylko nadzieję, że z czasem wydania digital download nie wyprą całkowicie z rynku materialnych nośników.


14. Twoje plany i marzenia na najbliższe miesiące, czy może żyjesz bardziej z prądem?

  Nie jestem zwolennikiem dalekosiężnych planów. Życie jest zbyt dynamicznym procesem i w zasadzie nigdy nie wiadomo w jakim momencie i czym nas zaskoczy. Na chwilę obecną mogę powiedzieć tylko tyle, że nadal chciałbym rozwijać swoje pasje.

To prawda... Życzę Ci więc pomyślnej samorealizacji!


Klaus Schulze & Günter Schickert - Home Session 1975.09.26 Hamburg


  Lubię pisać o muzyce z połowy lat 70. To według mnie i wielu innych melomanów, najlepszy okres w historii sekwencyjnej elektroniki.
  Zarówno brzmienia analogowych instrumentów, jak i zawartość nagrywanych ówcześnie utworów, są prawdziwym balsamem dla uszu. Podobnie jest z nieoficjalnym zapisem pt. Klaus Schulze & Günter Schickert - Home Session 1975, nagraniem nigdy nie opublikowanym oficjalnie, a będącym długim, 44 minutowym fragmentem spotkania dwóch muzyków które odbyło się podobno w studiu Klausa Schulze. Podobno, bo w przypadku takich dziwnych efemeryd, nie można być do końca pewnym niczego. Dlatego, gdy nie zna się wszystkich faktów towarzyszących nagraniom, lepiej ograniczyć się o pisania o muzyce. A ta jest wspaniała. Każdy kto zna znakomitą płytę Timewind, jej fascynującą okładkę autorstwa  Urs Ammana, trafnie domyśli się co może zawierać inna sesja z tego roku.  Klaus wykorzystywał w tamtym czasie piękne brzmienia syntezatorów ARP 2600, Odyssee, ELKA-String, Farfisa Organ oraz Farfisa Piano Professional. A Günter Schickert - według opisu na zdjęciu, wyemitował trochę modyfikowanych głosów i grał na gitarach. Powstało nagranie będące kolejną mutacją "Timewind", ze wszystkimi jej najlepszymi elementami. Są tu nieodzowne harmoniczne wznoszenia,  transowe przebiegi i dźwięki poddawane nieustannej modulacji. Galopujące łagodne sekwencje i ten niesamowity klimat jaki do dziś przyciąga rzesze starych, jak i nowych fanów. Jest to trochę inaczej zmiksowana, alternatywna do oficjalnego krążka wersja, która wielbicielom takich brzmień i nastrojów dostarczy kolejnych  niebanalnych wzruszeń. Świetnie słucha się tej minorowej muzyki wieczorem ze słuchawkami na uszach.  Trudno wtedy zachować dystans i obiektywizm do czegoś, co trafia głęboko w trzewia. Czasami podoba się coś irracjonalnie, bez udziału rozumu. I tak jest z tą twórczością. Ktoś być może powie: nie ma tym żadnej magii, to po prostu umiejętne kręcenie gałami. I dobrze, bo nie lubię magii :).  Jakiś czas temu zacząłem grać na symulatorze wspomnianego  wyżej ARP -a 2600 i Minimooga. To bardzo fascynujące zajęcie i przyjemnie spędzone godziny ale już wiem, że drugim Klausem raczej nie zostanę (smile). Nie wystarczy posiadać instrument, trzeba jeszcze  umieć na nim zagrać i mieć dar łączenia nachodzących na siebie dźwięków. A wykorzystanie takowego na tym nagraniu wyraźnie słychać.  Polecam tę sesję wszystkim miłośnikom starszej muzyki Klausa Schulze i wykorzystanie programu Free YouTube Download 3, póki plik jest powszechnie dostępny.

wtorek, 7 lutego 2012

Jakub Fijak - The Lost World

     Podczas gdy Kuba dociera poprzez El-Stację do fanów ze swoją najnowszą płytą "Expedition", ja dla porównania i zaspokojenia ciekawości słucham  jego wcześniejszej płyty The Lost World. Ten młody elektronik ze Szklarskiej Poręby udostępnia swoją muzykę przez Jamendo, a podczas ubiegłorocznego "Elektronicznego Weekendu" w Mogilnie zagrał swoje utwory przed obecną tam publicznością. Ma zatem za sobą występy  i dostępne w Internecie co najmniej trzy albumy  (polecam recenzję "Soldiers of heaven" napisaną przez mojego kamrata Mariusza Wójcika). A jak ujawnił mi autor, gotowych jest w sumie 8 płyt! Można więc na temat muzyki Fijaka wyrobić sobie już jakiś pogląd. Sam kompozytor określa swoje dokonania terminami: electronic, chillout, worldmusic, new age. Faktycznie, jego nagrania to urozmaicony i dynamiczny El-pop, muzyka która dobrze nadaje do relaksacji,  jako tło przy czytaniu książek, gry w karty, do jazdy samochodem, czy innych tego typu zajęć. Chociaż nie jest to na razie szczególnie odkrywcza czy oryginalna twórczość (w erze samplingu to bardzo trudne być  w 100% oryginalnym), pozytywne emocje jakie z niej biją, powodują że da się lubić. Potencjał i energia którą dysponuje Jakub, pewnie nie raz znajdzie jeszcze swoje ujście. Na "The Lost World" poszczególne ścieżki układają się w zgrabną całość, a szczerość przekazu ma dużą siłę przekonywania. Być może jest to częściową zasługą inspiracji przyrodą, górzystymi terenami pośród których mieszka autor? Zgodnie ze znanym powiedzeniem "stawiaj na młodość" będę czekał na nowe dokonania Jakuba z nadzieją że czasem wyklaruje się jego indywidualny, rozpoznawalny styl. Ale o tym więcej w wywiadzie z Jakubem jaki niedługo się ukaże. 


poniedziałek, 6 lutego 2012

Maciej Braciszewski - A.D.1000


   Macieja Braciszewskiego usłyszałem po raz pierwszy na V Elektronicznych Pejzażach Muzycznych w Olsztynie 2009, dlatego nie znając utworów z "A.D.1000", mogłem z grubsza trafnie domyślać się ich treści. Oczywiście nie mam zamiaru w żadnym stopniu deprecjonować tu wysiłków autora jakie włożył on w nagranie tej sympatycznej płyty. Po prostu Maciej Braciszewski - "A.D.1000"  to wierność pewnej narzuconej konwencji. Jeżeli ktoś zamierza opisać językiem dźwięków pewien okres historyczny - wiadomo jakich elementów można się spodziewać. Ma to swoje dobre i... mniej dobre strony (smile). Dobre, bo muzyka trafia w określone gusta i szybko odnajduje swoich słuchaczy, ale jednocześnie ogranicza twórcę do trzymania się kanonu chociażby w tytułach. Niemniej Maciej nie bał się tego ryzyka. Mieszkając w pierwszej stolicy Polski, na pewno od dziecka  przesiąknięty był historią rodzącego się państwa, rodu Piastów i zjazdu jaki odbył się w Gnieźnie ok. 1000 roku. Te bez wątpienia silne inspiracje skonwertował do muzycznej postaci. Płyta  "A.D.1000" to jedenaście krótkich utworów które mieszczą się w ramach przystępnej muzyki elektronicznej. Dynamiczne, wyraziste, łatwo wpadają w ucho. Optymistyczne, czasami pompatyczne, chyba dobrze odzwierciedlają proste życie jakie ludzie prowadzili tysiąc lat temu. Dociekliwi słuchacze być może zastanawiać się będą czy do ścieżki pt. "Otton III" pasuje słodki motyw przewodni, albo czy kompozycja "Bolesław Chrobry" jest wystarczająco wyrazista, ale te rozważania nie powinny psuć odbioru. Ten koncepcyjny album jest wystarczająco zmyślnie ułożony by zainteresować większość fanów el-popu. Chociaż rycerska tematyka nie leży w centrum  moich zainteresowań i wolę dłuższe, bardziej refleksyjne nagrania, to i tak jest dla mnie jasne że Maćkowi udało się skupić uwagę słuchaczy na sobie na dłużej.


niedziela, 5 lutego 2012

Brian Eno - Making Space



    Brian Eno jest ciągle aktywnym i pełnym  wigoru kompozytorem. W 2006 roku wydał znakomitą płytę Making Space. Potwierdza ona nie tylko dobrą formę uznanego prekursora gatunku ambient, ale jest świetnym argumentem na jego korzyść dla tych słuchaczy, którym widzi się Eno jako producent i autor serii nudnej muzyki. Urozmaicona zawartość opisywanego krążka różni się od jego wczesnych płyt. Zamiast mało wyraźnych plam dźwiękowych, ledwo wybijających się ponad poziom ciszy, słuchacz otrzymuje dziewięć dość krótkich, ale energetycznych  utworów. Nie znaczy to że Brian nagrał coś popowego czy komercyjnego, po prostu zarejestrowane ścieżki są pełne wewnętrznej mocy. Rezygnacja  z długiego budowania nastroju nie zaszkodziła treści. Mamy tu jakby pakiet reprezentujący bogactwo pomysłów, techniczną sprawność i dbałość o  atrakcyjne wypełnienie stereofonicznego obszaru doznań w wykonaniu doświadczonego Anglika. Mistrza w... tworzeniu przestrzeni.  To są dalej w większości ambientowe perełki, subtelne pasaże i zwiewne struktury, ale podane wyjątkowo przystępnie. Do współpracy w trzech utworach Brian Eno zaprosił gitarzystów Tima Harriesa i Leo Abrahamsa. Oczywiście, gitary nie grają rytmicznie (smile). Czuć że ta muzyka nie powstała "na siłę", tylko z wewnętrznej potrzeby. Szczególne wrażenie (a podobają mi się wszystkie części płyty) zrobiły na mnie pełne ekspresji, dostojne quasi organowe frazy w kończącym całość "Delightful Universe (seen from above)". Mocny akcent! Faktycznie, Wszechświat widziany z góry na pewno jest zachwycający.


sobota, 4 lutego 2012

Daniel Bloom - Wszystko co kocham O.S.T.


  Myślę że się nie pomylę jeśli powiem że Daniel Bloom (a właściwie Daniel Tomasz Borcuch), jest jednym z niewielu polskich muzyków grających na syntezatorach, któremu zdecydowanie udało się zrobić karierę. Przynajmniej w obrębie naszego kraju. Pamiętam jego ekstrawaganckie popisy na "parapetach" i dynamiczne spektakle jakie można było oglądać ponad 10 lat temu na licznych koncertach w których brał udział. Fani byli zachwyceni! Porównywano go do Klausa Schulze, a niektórzy twierdzili nawet że i z wyglądu przypomina niemieckiego wirtuoza. Uważam jednak że Daniel jest podobny przede wszystkim do samego siebie, i tego typu porównania nie są właściwe. Wróćmy jednak do meritum. Tak,  Danielowa biegłość i opanowanie klawiatur szybko stały się legendarne, a wysokie umiejętności i techniczna perfekcja były tematem gorących dyskusji. Wszyscy się cieszyliśmy, że oto mamy kolejnego polskiego muzyka który swą grą nie ustępuje światowym gwiazdom elektroniki. Przez pewien czas bawiło Blooma wierne  odtwarzanie atmosfery koncertów tytanów elektroniki lat 70. Ta muzyka "live", jak i pierwsza płyta "Thorn" z 1995 krążyła po Polsce w wielu kopiach CD-r. Potem Daniel na 5 lat zniknął. Być może skupił się  na poszukiwaniu swojej własnej muzycznej tożsamości? Nie wiem. Między rokiem 2000 a 2005 ukazuje się sześć tytułów, w tym dwa sygnowane jako "Physical Love" i "Paralogic" i dwa soundtracki do filmów  w reżyserii swojego brata Jacka Borcucha. Omawiana dziś muzyka też pochodzi z obyczajowego filmu Jacka nakręconego w 2010 r. pod sporo mówiącym tytułem "Wszystko co kocham".
   Filmu jeszcze nie oglądałem, przeczytałem dostępne precyzyjne opisy  w internecie, wywiad z reżyserem i fragmenty na YouTube. Muzyka natomiast jest mi już dobrze znana. To siedemnaście krótkich utworów, z czego nasz bohater wykonuje pierwszych jedenaście. Są one wyraźnie podporządkowane treści filmu i mam wrażenie że zgodnie z tytułami opisują dane fragmenty obrazu.  Utrzymane w podobnym klimacie, refleksyjne, stanowią duży kontrast w zestawieniu do żywiołowych, bonusowych piosenek zespołów WCK i Dezerter. Bloom często wykorzystuje tu swoje umiejętności gry na fortepianie, w końcu skończył szkołę muzyczną w tej klasie. I to słychać, bo gra faktycznie z uczuciem, delikatnie i subtelnie jak chyba nigdy dotąd*. Te impresje są podszyte nostalgią i swoistym ciepłem. Między poszczególnymi uderzeniami palców w klawisze tworzą się krótkie przerwy. Taki sposób grania tworzy niejako dużo przestrzeni złaknionej dźwięków niczym suche pole deszczu. Syntezatory odgrywają swoją rolę, choć jest ona bardziej służebna, a najlepiej słychać je w pierwszym utworze "Ten Czas" i czwartym pt. "Idę spać". Kapitalny jest też krótki, siódmy fragment "Niezłomni". Romantyczność tej muzyki, podkreślana czasami delikatnym brzmieniem gitary, robi duże wrażenie. Takiego Blooma jeszcze nie znałem. Konwencja i wymogi sztuki filmowej nie sprowadziły tej muzyki do pułapu nieznośnego, miałkiego i anonimowego symfonicznego podkładu jaki standardowo towarzyszy zachodnim kinowym produkcjom. Bloom, mimo iż schował tu swój młodzieńczy pazur, daje się poznać jako kompozytor dojrzały, umiejący dostosować się do okoliczności.

*
Witaj Damian. Dzięki za fajną recenzję, ale muszę sprostować Twój tekst, otóż na fortepianie, podobnie jak w Tulipanach grał Leszek Możdżer [:)]
Pozdrawiam serdecznie, Daniel