piątek, 15 września 2017

Jean Michel Jarre - The Concerts in China

   Pamiętam jak dziś, wracałem wtedy taksówką z podróży. Kierowca miał włączone radio. Jakaś stacja nadawała akurat fragment nowej płyty Jarre'a. I mimo iż to był początek lat 80. i dźwięki wydobywały się z głośnika średniej jakości, usłyszałem muzykę która była na wskroś nowoczesna i oryginalna. Pod każdym względem. Utwór który wtedy poznałem - „Souvenir de Chine”, okazał się reprezentatywny dla całości. Album "The Concerts in China" powalał inwencją i siłą ekspresji artysty. I mimo iż na dwóch czarnych krążkach starsze utwory mieszały się z nowymi, to do dziś uważam "Chińskie koncerty" Jarre'a za wyjątkowe dzieło, jeden z najlepszych performance jakie słyszałem. Inspiracje chińską kulturą, współpraca z lokalną orkiestrą - przyniosły piękny plon w postaci muzyki fascynującej swoją niebanalną strukturą, bogatą harmonią i dużą przestrzenią. Utwory które wtedy miały premierę, "Laser Harp", czy wspomniany na początku jedyny studyjny kawałek „Souvenir de Chine”- były od tej pory wyczekiwane przez fanów na wszystkich koncertach. Z kolei „Arpegiator”- jest dla mnie jedną z 5 najlepszych kompozycji Francuza w całej jego karierze. Długo by o tym wszystkim pisać, na dowód popularności tej muzyki powiem jeszcze, że według strony discogs.com, istnieje ponad 150 wydań tej muzyki na płytach i kasetach.
Wielki talent miał wtedy swoje spektakularne spełnienie.

wtorek, 12 września 2017

Vangelis - L'Apocalypse Des Animaux



   

     Wczesne lata 70. to bardzo ciekawy okres dla muzyki tworzonej na syntezatorach. Płyty które wtedy nagrywano były w pewnym sensie pionierskie i dziś są kanonem stylu. W 1973 roku mało jeszcze znany grecki kompozytor Vangelis wydaje na winylowym krążku skomponowaną trochę wcześniej muzykę filmową. "L'Apocalypse Des Animaux" - to wybrane fragmenty większej całości, będące tłem do dokumentalnych filmów Frédérica Rossifa. Dla tych którzy lubią tego typu obrazy informacja: film ten (epizod "de l'abeille au gorille") jest dostępny w serwisie YouTube. Sceny przedstawiające myśliwych z upodobaniem strzelających do zwierząt mogą jednak nie przypaść gustu co bardziej wrażliwym odbiorcom. Tutaj postaram się napisać kilka słów o samej muzyce. A ta warta jest uwagi. Album rozpoczyna krótki, jedyny dynamiczny na płycie temat "Generique" - czyli czołówka. Później genialny artysta proponuje słuchaczowi wysmakowane, oniryczne utwory, które swoją subtelnością doskonale zaspokajają najbardziej wymagające uszy. W każdej kolejnej odsłonie pojawiają się melodie o smutnym, lub też melancholijnym zabarwieniu. Nie jest to więc muzyka abstrakcyjna, a jednocześnie, mimo iż deklarowana jako ilustracyjna, doskonale daje się słuchać w domowym zaciszu. Mistrzowskie tworzenie klimatu w krótkich formach, operowanie skromną skalą barw, ten minimalistyczny styl autor doprowadził później do perfekcji. W utworze "Le Singe bleu" słychać delikatny motyw grany na trąbce, być może pierwowzór tematu miłosnego z Blade Runnera. Niezwykła mieszanka syntezatorowych padów i akustycznych instrumentów na długo zostawia w stanie pozytywnego zasłuchania. Znakomity solowy debiut niezwykle utalentowanego Greka!



czwartek, 18 maja 2017

Piotr Krupski, Friends - Electronic Worlds - zapowiedź






 
   Piotr Krupski, utalentowany elblążanin, klawiszowiec i cymbalista, dał się poznać jako autor kilku ciekawych elektronicznych projektów, między innymi Kombimus, Elbing 1904, czy Światło prawdy. Jego najnowsza propozycja i zarazem debiut w stajni Generator.pl przynosi szerokie spektrum kooperacji ze znanymi rodzimymi twórcami tego gatunku. We wspólnym projekcie wzięli udział Władysław Komendarek, Sławomir i Tomasz Łosowcy, Sebastian Orda-Sztark, Dieter Werner, Andrzej Mierzyński, Christian Rössle a także Dariusz Wilk. Mimo zebrania twórców penetrujących odległe czasem od siebie klimaty, płyta zaskakuje spójnością i koncepcyjnym duchem. Jej siłą są liryczny tajemniczy oniryzm, szerokie plany dźwiękowe, eklektyzm łączący różne style klasycznej muzyki elektronicznej. Atutem są też wymienione wcześniej nazwiska, które w przypadku tych najbardziej zasłużonych traktować można jako międzypokoleniowe mosty, stanowiące o ciągłości rozwoju rodzimej sceny elektronicznej. Album o wyjątkowo kontemplacyjnym charakterze, podkreślający to co w muzyce elektronicznej najbardziej lubią jej wierni słuchacze.



P.R.
za zgodą Generator.pl

Qlhead - True Self


  Nie tak dawno miałem przyjemność recenzować znakomity album Tomka Decay - Rage, a tu pojawia się jego kolejny autorski projekt: "True Self". QLHEAD wspomniał mi z wrodzoną skromnością, że jest zadowolony z nowego materiału. Tym bardziej byłem ciekaw, w jaką stronę podąża tym razem. Muzyka jest dość zróżnicowana, album zawiera osiem utworów trwających od czterech do sześciu minut każdy.  Przedział czasowy, który pozwoli każdemu przełknąć bardzo awangardowy lub mocno komercyjny muzyczny fragment. To co mi się zawsze podobało u tego wykonawcy, jest obecne na "True Self": specyficzna mieszanka brzmień dość wyrafinowanych z tymi swobodnie wpadającymi do uszu. Rozchwianych rytmów i basowych pętli. Dźwięcznych sekwencji i mrocznych padów. Ta muzyka to właściwie everything for everyone. Płytę wieńczy utwór bardzo osobisty: In the Name of the Father - poświęcony niedawno zmarłemu tacie artysty. Kompozycja trochę w stylu klasyków a'la Vangelis. Chyba najbardziej poruszająca wyobraźnię. Będąca dowodem na to, że elektroniczne instrumentarium świetnie nadaje się do budowania nie tylko finezyjnych, unikalnych akustycznych konstrukcji, ale też ciepłego nastroju.

link do albumu:
https://qlhead.bandcamp.com/album/true-self

wtorek, 18 kwietnia 2017

Contrasts by Damian Koczkodon


 
   19 lutego 2015 roku odwiedziłem mojego dobrego znajomego Łukasza w jego studio nagrań na Ursynowie. Podczas kilkugodzinnej zabawy różnymi syntezatorami, zafascynował mnie maleńki Microkorg (jakiś czas później kupiłem swój egzemplarz). Odkrywanie jego możliwości, kontrola brzmienia w czasie rzeczywistym,  różnorodność barw - te kreowanie było aktem naprawdę dużej relaksacji. Po sesji zabrałem do domu trochę zarejestrowanego materiału. Wiedziałem że ma w sobie potencjał i tak powstała suita 



  Druga kompozycja na płycie "Contrasts" jest zupełnie inna i pochodzi z 2014 roku. Zamiast ciepłych, przyjemnych barw Microkorga, użyłem tu bardziej agresywnych dźwięków z syntezatorów wirtualnych, między innymi z Minomooga. Bipolar disorder to zapis stanu mani. Kilku moich znajomych choruje na psychozę maniakalno-depresyjną. Obserwowanie co robi z człowiekiem taka nieleczona choroba, jest przeżyciem wstrząsającym i niecodziennym. Treść suity Bipolar disorder jest próbą oddania stanów emocjonalnych jakie powstają w umyśle  chorego: gonitwy myśli, halucynacji, urojeń. Zdaję sobie sprawę, że słuchanie jego utworu nie jest dla wszystkich przyjemne, więc robicie to na własną odpowiedzialność. Może jednak spodobać się fanom brzmień lat 70.

 


Album "Contrasts"

czwartek, 16 marca 2017

Lustmord - mroczne światy Briana Williamsa


   Bez wątpienia żyjemy w dziwnych czasach.  Otaczający nas świat jest pełen paradoksów i trudnych do wyjaśnienia zjawisk.  Jednym z nich jest szczególne upodobanie niektórych ludzi do słuchania mrocznej muzyki. Dlaczego ma ona dość dużą rzeszę fanów i istnieje na nią zapotrzebowanie? Czy jest to chęć identyfikacji i opisania otaczającej rzeczywistości? Próba konwersji niepokojących informacji do bezpiecznego banku brzmień posępnych, ale w jakiś sposób atrakcyjnych? A  może to inspiracja demonicznych istot z niewidzialnej dziedziny duchowej?
   W te osobliwe zagadnienie skutecznie wpisuje się brytyjski muzyk Brian Williams,  nagrywający swoje płyty pod nazwą Lustmord. Jest autorem blisko czterdziestu projektów często określanych mianem dark ambient. Co zawiera jego dyskografia? Programowo ponure, złowieszcze i często przygnębiające utwory. Ale, patrząc na jego twórczość z dystansu, przede wszystkim - bardzo, bardzo nudne, monotonne kompozycje. Szczególnie jego pierwsze kolaże, wydane na początku na kasetach, nie wnoszą absolutnie nic ciekawego dla cokolwiek wymagającego słuchacza.   Są bardzo amatorskie i trudno mówić tu o jakiejkolwiek estetyce brzmienia, sile przekazu. Kiepskie jakościowo, bez wyczucia przestrzeni, umiejętności budowania klimatu. Tak dzieje się przez prawie 10 lat. Autor katuje słuchaczy dżwiękami pochodzących z jaskiń, kopalni, czasami emanacją "piekielnych" skowytów. W pewnym momencie jednak, lata doświadczeń przynoszą plon. Przełom u odbiorców przynosi płyta "Heresy" z 1990 roku, choć według mnie, jest nijaka. Jednak faktycznie na kolejnych wydawnictwach, coraz częściej Brian Williams wprowadza urozmaicenia i eksperymentuje w dobrym tego słowa znaczeniu, współpracuje też z innymi muzykami. Wykorzystuje szeroką bazę stereo i wreszcie zaczyna to brzmieć lepiej niż golarka z łazienki sąsiada. Poszerza też swoje biblioteki o bardziej kosmiczne barwy. Ba, pod koniec płyty "Purifying Fire" z 2000 roku słychać świetną sekwencję, tak charakterystyczną dla dobrej klasycznej muzyki elektronicznej. Bardzo ciekawy jest utwór z płyty Metavoid - "Infinite Domain" (2001 rok), zbliżony w warstwie rytmicznej do solowych nagrań Petera Gabriela. Być może to najlepszy kawałek jaki nagrał Lustmord. Duże zdziwienie może też wywołać ilość wokaliz i chorałów na albumie z 2013 roku - "The Word As Power". Czasami Brian łagodnieje, a jego muzyka bywa bardziej kompatybilna z normalnym światem. Chociaż często powiela samego siebie i mocno przynudza. Słychać to na zapisie koncertu z Krakowa (2013) słychać to również na jego ostatniej płycie z 2016 roku "Dark Matter". Więc jeśli brać jego dyskografię jako całość - słuchanie tej muzyki to strata czasu i potraktować można ją jedynie jako ciekawostkę.